„Wełniana nadzieja”
Śnieg prószył delikatnie, pokrywając dachy niskich domów,
które wyglądały, jakby skuliły się wokół niewysokiego kościoła na szczycie
wzgórza. Starannie wypielęgnowane ogródki ziały pustką – tylko gdzieniegdzie
drobne iglaki wynurzały swoje głowy ponad biały puch. Miasteczko wyglądało na
obumarłe. Mieszkańcy schronili się w domach, krzatając się w pośpiechu.
Jeszcze chwila, a na ulicach zapłoną latarnie, a na niebie pojawi się pierwsza gwiazdka – znak, że czas rozpocząć wieczerzę wigilijną. Za kilka godzin zaś w światyni zabrzmią dzwony, a ludzie zgromadzą się, by śpiewać narodzonemu Zbawicielowi.
Jeszcze chwila, a na ulicach zapłoną latarnie, a na niebie pojawi się pierwsza gwiazdka – znak, że czas rozpocząć wieczerzę wigilijną. Za kilka godzin zaś w światyni zabrzmią dzwony, a ludzie zgromadzą się, by śpiewać narodzonemu Zbawicielowi.
On jednak nie był jedną z osób cieszących się z nadejścia
Świąt. Mimo tylu lat, w tym dniu w jego sercu wciąż otwierała się rana, która
nie chciała przestać krwawić. W tym dniu tak wyraźnie jak nigdy przypominał
sobie jedyną osobę, którą darzył prawdziwym uczuciem. Dlatego właśnie w tym
dniu pozwalał sobie na chwilę słabości i zatracenia w swojej samotności, dawał sobie marną namiastkę
obecności tej, którą utracił bezpowrotnie.
Pojawił się jakby znikąd. Nie rozejrzał się – nie
interesowało go piękno miasteczka, nie czuł potrzeby obserwowania okolicy.
Zanurzył twarz w grubym, wełnianym szalu i ruszył oblodzoną drogą przez miasteczko.
Drobne płatki śniegu osiadały na jego kruczoczarnych włosach i ciemnym,
skórzanym płaszczu. Kulił się, smagany lodowatym wiatrem i owinął się
szczelniej szalikiem tak, że spod grubej warstwy ubrań widoczne były jedynie
czarne jak węgiel oczy i haczykowaty nos. Jego zazwyczaj blada twarz zaróżowiła
się delikatnie od zimna, jednak zdawał się nie przejmować temperaturą. Wytrwale
piął się w górę drogi, ku szczytowi wzgórza w centrum miasteczka. Słońce
zdążyło już zajść, lecz poświata ulicznych latarnii rozjaśniała mroki nocy. Nie
potrzebował ich, znał trasę na pamięć. Tyle lat... Nie mógł uwierzyć, że tak
długo jej, kobiety jego życia, już nie ma. I że tak długo jego pozornie
niezwruszone serce nie potrafiło zapomnieć.
U celu powitało go blade światło sączące się przez
kościelne witraże, gdzie trwały przygotowania do hucznej mszy o północy. Nie
przyszedł jednak, by się modlić. Sam nie wiedział, czy potrafi wierzyć w
cokolwiek. Zamiast tego swoje kroki skierował ku przyległemu cmentarzowi. Delikatnie
popchnął furtkę, która jęknęła przeciągle, odsłaniając przejście. Wkroczył
między rzędy grobów, szybko odnajdując właściwy. Napis na marmurowym nagrobku
głosił:
„Tu spoczywają James i Lily Potter.”,
a poniżej widniał cytat:
„Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie
pokonany.”
Nigdy nie rozumiał tego zdania. Śmierć była przecież w
tym pojedynku zwycięzcą. To Ona, posługując się różdżką Voldemorta, jego
ambicją, żądzą władzy, przyszła pewnego dnia do Potterów i zabrała ich ze sobą.
To Ona odebrała dziecku rodziców, a jemu wyrwała kawałek duszy, który umarł
wraz z miłością jego życia.
Ukląkł na zamarźniętej ziemi, wpatrując się w wyryty
napis tak długo, aż litery nie tworzyły już słów. W jego umyśle przybrały
kształt soczyście rudych loków, zielonych tęczówek i roześmianych ust.
Spomiędzy przymkniętych powiek mężczyzny wydostała się samotna łza, która
znaczyła swoją drogę po policzku. Otarł ją szybko, sam przed sobą wstydząc się
tego roztkliwienia. Nie umiał jednak zatrzymać obrazów. Widział siebie i Lily
leżących nad strumykiem przy Spinner’s End, w pierwszej podróży pociągiem do
Hogwartu. Wspominał szczęśliwe lata pozbawione trosk. Chciał na zawsze pozostać
w tamtych czasach. Wszystko było tak proste, pozbawione trosk... Jednak nawet
jego podświadomość nie dawała mu wytchnienia. Uczucie radości zastąpił smutek i
żal, a na scenie pojawił się nie kto inny, lecz jego dręczyciel – James Potter. Arogancki pajac robiący z
niego pośmiewisko przy każdej okazji. Wiedział jednak, że tylko ten palant był
w stanie dać jego ukochanej pełnię szczęścia i w pewnym momencie życia pogodził
się z tym. Jednego tylko nie umiał mu wybaczyć – że nie umiał jej obronić
tamtego dnia.
„Dlaczego? Dlaczego ona?” – zduszony szept wydobył się z
ust mężczyzny. Oparł czoło o lodowatą płytę nagrobka, pozwalając łzom toczyć
się po policzkach. W jego głowie pojawił się obraz najgorszy z możliwych –
wspomnienie, gdy trzymał w ramionach martwe ciało swojej Łani, a jego szloch
mieszał się z dźwiękami burzy szalejącej za oknem i z płaczem dziecka
dobiegającym z kołyski. Jeszcze parę lat temu wściekał się. Krzyczał ,
wyrzucając z siebie cały żal, całe rozgoryczenie. Przeklinał Jamesa Pottera,
który był za słaby, by obronić rodzinę. Przeklinał Czarnego Pana, który odtąd
stał się jego najgorszym wrogiem. Przeklinał przepowiednię, która uruchomiła
machinę zła. Na koniec, padając na ziemię, przeklinał siebie za to, że przybył
za późno, że Śmierć go wyprzedziła. Teraz jednak nie miał już sił. Trwał tylko
w ciszy jako strażnik umarłych, oczyszczając się ze swoich uczuć. Nie chciał
odczuwać, chciał pozwolić sobie zasnąć, by więcej nie obudzić się w tym świecie
bez niej. Bez Lily.
Obudziło go szarpnięcie w okolicach ramienia. Otworzył
powoli oczy, przecierając je z łez i śmiegu. Miał trudności z poruszaniem się –
jego ruchy były spowolnione, mięśnie odmawiały posłuszeństwa. W pierwszym
odruchu chciał wyciągnąć różdżkę, bronić się, lecz skostniałe z zimna palce nie
pozwoliły mu na to. Zmusił się, by unieść głowę i zobaczył wreszcie, co go
obudziło. Nad nim stała drobna dziewczynka w beżowej kurteczce,
żółto-niebieskim szaliku i czapce w tych samych kolorach. Patrzyła lękliwie na
skulonego mężczyznę. W końcu sięgnęła do kieszonki i wyciągnęła dwa puchate
kawałki materiału.
„Tobie przydadzą się bardziej niż mi.” – powiedziała
cichym, dźwięcznym głosikiem. Ze zdumieniem przyjął podarunek. Od lat nikt nie
dał mu niczego na kształt prezentu na Gwiazdkę... Nie zdążył podziękować, bo
dziewczynka obróciła się na pięcie i uciekła z cmentarza. Widział jednak, jak
znika we wnętrzu kościoła.
Spojrzał na to, co trzymał w rękach – podarkiem okazała
się być para czerwonych, wełnianych skarpet w renifery. Nie zastanawiając się
długo, naciągnął materiał na sine dłonie. Znów zapomniał rękawiczek i tylko
cudem nie doszło u niego do odmrożenia kończyn górnych. Z ulgą powitał ciepło
powoli ogarniające ręce. Wstał powoli z ziemi, otrzepując się ze śniegu. Kusiło
go światło sączące się z otwartych drzwi kościoła, a radosne dźwięki kolęd
przyciągały niczym magnes. W dodatku wzdzięczność nie pozwalała mu się ulotnić
bez słowa. Chwiejnym krokiem ruszył do świątyni, z każdym kolejnym ruchem jakby
odżywając, odzyskując władzę w nogach, a „Cicha noc”, odśpiewywana właśnie
przez wiernych, brzmiała coraz donośniej.
Wchodząc do wnętrza kościoła, musiał zmrużyć oczy,
chroniąc je przed intensywnym światłem. Wszystko, co tylko było w stanie
świecić – wielkie żyrandole, kinkiety, lampki choinkowe – rozjaśniało każdy kąt.
Niemniej, gdy tylko jego wzrok przyzwyczaił się do blasku, zachwycił się
wystrojem. Olbrzymie, sięgające po sufit choinki zdobiły przestronne
prezbiterium, a ustawiona pod nimi szopka urzekała prostotą i estetyką. Nie
zatrzymywał się jednak dłużej na ozdobach, bo wreszcie w tłumie ludzi dostrzegł
dziewczynkę, która podarowała mu skarpetki i właściwie uratowała go od śmierci.
Kto wie, czy gdyby się nie zjawiła, on by się jeszcze kiedykolwiek obudził?
Swoim zwyczajowym, zamaszystym krokiem, tak niepasującym
do obecnej sytuacji, podszedł do dziewczynki i jej rodziny. Chciał podziękować,
powiedzieć coś od serca, jednak żadne mądre słowa nie mogły mu przejść przez
gardło. Stał tylko, patrząc na szczęśliwych małżonków i ich dziecko, a w głowie
zaczęła mu się kołatać jedna myśl – on mógł tak żyć, Lily mogła tak żyć... Nie
mógł dłużej znieść tego widoku. Ściągnął z dłoni wełniane okrycie i szybkim
ruchem wręczył prawowitej właścicielce. Ruszył w kierunku wyjścia, gdy poczuł
szarpnięcie skraju płaszcza. Odwrócił się mimowolnie i spojrzał pytająco na
dziewczynkę.
„Nie chciałby pan może przyjść do nas na pierniczki?
Mamusia zrobiła dużo, starczy dla wszystkich, a nawet zostanie!” – powiedziała
z nieśmiałym uśmiechem.
„Przepraszam, nie mogę. Muszę iść.” – Już miał się
odwrócić i odejść, gdy z ust dziecka padło jeszcze jedno pytanie.
„A jak ma pan na imię? Mogłabym się za pana pomodlić?”
„Myślę, że to w niczym nie pomoże.” – odparł, a po chwili
dodał łagodniejszym tonem – „Nazywam się Severus Snape.”
Poczuł, że dziewczynka
puściła jego płaszcz, więc, nie zastanawiając się dłużej, czym prędzej opuścił
świątynię. Rozejrzał się – akurat w pobliżu nie było nikogo. Obrócił się z
cichym pyknięciem i zniknął tak nagle, jak się pojawił, zabierając ze sobą
czerwone, wełniane skarpetki, które odtąd stały się dla niego symbolem nadziei.
Kopka powiadamiająca :D
OdpowiedzUsuńPrzepiękne :) aż się troszkę wzruszyłam :D Co prawda trochę ta huczna msza mnie powaliła ;)
OdpowiedzUsuńJakież to piękne. Popłakałam się, naprawdę się popłakałam, a nie zdarzyło mi się to od dłuższego czasu. Tyle uczuć, tyle emocji. Widać, że miniaturka jest przemyślana, aż się serce kraja. Pragnę złożyć ukłon przed warsztatem pisarskim :)
OdpowiedzUsuńSever jako ten Heathcliff mdlejący na grobie Lily-Katarzyny. Nie przemawia to do mnie specjalnie, bo i nie pasuje do charakteru, ale z drugiej strony nie znoszę Snily, więc jestem stronnicza. Za to dziewczynka i myk z rękawiczkami całkiem uroczy, chociaż i tak nie w moim klimacie.
OdpowiedzUsuń„On jednak nie był jedną z osób cieszących się z nadejścia Świąt.” – czemu wielką literą świąt?
OdpowiedzUsuń„To Ona odebrała dziecku rodziców” – dziecko rodzicom.
„Ukląkł na zamarźniętej ziemi” – zamarzniętej.
„wydostała się samotna łza” – nie leć w opkoizmy, którym jest ta samotna łza.
„pozwalając łzom toczyć się po policzkach” – toczyć… jak głaz?
„Krzyczał , wyrzucając” – spacja do usuniecia.
„przecierając je z łez i śmiegu” – śniegu.
„W dodatku wdzięczność” – wdzięczność
„Obrócił się z cichym pyknięciem” – eee ale że to pykniecie było jak się odwracał? O.o
To, jak na razie najlepsza miniaturka, chociaż mnie nie powaliła. Na pewno plus za inne podejście do tematu świat Snape’a. Bardzo lubię takie smutniejsze miniaturki, znaczy się w takim właśnie klimacie. Severus taki zrozpaczony, może i nie pasuje do niego Az takie zachowanie, ale kupuję go takiego. No może nie do konca odpowiada mi to, że zasnąłby na cmentarzu, bo to wielce irracjonalne, Snape był na to zbyt inteligentny.
Bardzo ładne opisy, uwielbiam je, całkiem w porządku przechodzisz z jednego akapitu w drugi, nie ma specjalnych zgrzytów pod tym kątem.
Było co prawda trochę powtórzeń, pogubione przecinki, ale to akurat do wyeliminowania. Bo cała reszta mi odpowiada.
Co się tyczy dziewczynki… Spoko pomysł, ale te dialogi w kosciele moim zdaniem do kitu! Poważnie, najpierw tonujesz emocje, wszystko ładnie wyważone a tu taka słodyczka, że się niedobrze robi. Jakby trochę je przerobić, to by mi pasowało.
Styl masz, hm, ciekawy. Na pewno przeczytałabym więcej twoich tekstów. Dobra praca.
Życzę weny!
Pozdrawiam,
mattie.
Już od pierwszych zdań podoba mi się styl tekstu — wydaje mi się, że jest dużo dojrzalszy z dotychczasowych przeczytanych miniaturek. Żałuję jednak trochę, że nie zmieniłaś Wigilii w Pierwszy Dzień Świąt, skoro to właśnie one są w UK bardziej ważne dla ludzi — w sensie sugerowałaś się trochę zbyt mocno moim zdaniem naszą kulturą i nie sprawdziłaś, czy w innych krajach są podobne zwyczaje :)
OdpowiedzUsuńDlaczego porównanie do Łani? Rozumiem, że to był jej patronus, ale pamiętajmy, że patronus przybiera formę/coś wspólnego ukochanej osoby, więc jeżeli Lily byłaby z kimś innym, to jej patronus nie musiał należeć do jeleniowatych wcale ;) Możliwe, że mylę tutaj fanon z kanonem, ale patrząc na Potterów i Rona oraz Hermionę... Muszę sprawdzić!
Kurcze, nie wiem jak się ustosunkować do tego tekstu. Zdecydowanie najlepszy z dotychczasowych miniaturek, ale zasypiający na grobie Severus nie pasuje mi. Monolog, opis jego uczuć, wspomnienia — są cudownie opisane, ale trochę efekt zepsuło mi właśnie to zaśnięcie. Bardzo podobał mi się pomysł z potratowaniem skarpet jako rękawiczek — to taka scena, w którą mogę z łatwością uwierzyć :)
Mattie zaznaczyła, że dialogi w kościele są sztywne — może trochę, ale moim zdaniem pasują do charakteru tego tekstu i gdyby były bardziej rozbudowane — zepsułyby efekt. Może gdyby autor użył trochę innych słów — wypadłby rewelacyjnie.
śmiegu — śniegu
Tobie przydadzą — Panu — jakoś nie wyobrażam sobie, by w tak bezpośredni sposób jakieś dziecko zwróciło się do całkiem obcej osoby.
prezentu na Gwiazdkę — Rozumiem o co chodzi, ale to nie do końca był prezent na Gwiazdkę — przynajmniej nie zostało to tak opisane, raczej bardziej jako podarunek dla osoby bezdomnej.
kończyn górnych — moim zdaniem to górnych jest zbędne :)
Tekst mi się podobał :) Czułam tutaj tę magię, mogłam wyobrazić cmentarz i przede wszystkim kościół! Miejscami tylko właśnie zgrzytał mi brak takiego wyważenia stylu - mamy ładne opisy, aż nagle bum! Severus zasypia na grobie. Kolejne śliczne opisy i znowu bomba w postaci "prezentu na gwiazdkę", który opisany został raczej, jako prezent dla bezdomnego. Wydaje mi się jednak, że bardzo szybko uda Ci się tego typu potknięcia i niedostrzeżenia wyeliminować — wtedy Twoje teksty będą cudowne!:)
Pozdrawiam,
Rzan.
Już wiem o co jeszcze miałam pytać! Dlaczego Autorze/ko zastosowałeś anglojęzyczny zapis dialogów?:) U nas jest to błąd; chyba, że to był jakiś głębszy zamysł?
UsuńPozdrawiam,
Rzan.