Rocznice Blogów
CZERWIEC!

sobota, 25 czerwca 2016

MnZ dla Sandry Cichej

                Czarnowłosy mężczyzna zasunął ciężkie, czerwone kotary i w pokoju jednego z domów przy Grimmauld Place zapanował półmrok. Próbując przyzwyczaić swoje oczy do nowych warunków, Harry ruszył w stronę starego, poprzecieranego fotela, strącając przy okazji coś znajdującego się na szafce, która zagradzała mu drogę do celu. Zignorował to i usiadł, wydając z siebie ciche westchnienie. Zamknął oczy, rozkoszując się unoszącym się w powietrzu zapachem starych ksiąg i  wsłuchując się w pohukiwanie sów za oknem. Powoli zaczął odpływać do krainy Morfeusza, gdy z chwili ciszy i zadumy wyrwał go szept, niemal syk, dochodzący z fotela stojącego naprzeciw. 
 — Może tak byś to podniósł?
Głos był cichy i spokojny, ale przeciął powietrze niczym stalowe ostrze noża. Harry spojrzał na swego towarzysza wzrokiem, który mógłby zabić, a potem wstał, podniósł  zrzucony przedmiot, który okazał się być  pustą butelką po Ognistej Whisky, i cisnął nim w mężczyznę siedzącego w identycznym fotelu jak ten jego. Spodziewał się trzasku rozbijanego szkła i przekleństw wypowiedzianych poirytowanym głosem, ale zamiast tego ujrzał bezczelny uśmiech i lekkie uniesienie jednej  brwi, świadczące o rozbawieniu. Harry zamrugał, zdekoncentrowany, i rozejrzał się w poszukiwaniu zaginionej butelki, nic jednak nie znalazł.
                Już miał wrócić na swój fotel, gdy promień światła przebijającego się przez zasłonięte kotary sprawił, że ujrzał coś połyskującego w półmroku. Szkło. Brunet westchnął, podchodząc do miejsca, w którym ujrzał błysk, i zaczął zbierać odłamki potłuczonej butelki. W pewnym momencie zaklął szpetnie, czując, jak ostre szkło przecina mu rękę, a resztki alkoholu dostają się do rany, która zaczęła szczypać. Poderwał się z podłogi, rozsypując przy okazji przed chwilą pozbierane kawałki szkła. Niespodziewanie skojarzyły mu się one z pokruszonym sercem, ale szybko odsunął od siebie te myśli, siadając w swoim fotelu i owijając krwawiącą dłoń bandażem. W chwili, gdy męczył się z zawiązaniem supełka mającego za zadanie utrzymać bandaż na miejscu, usłyszał cichy, kpiący śmiech. Podniósł wzrok na blondwłosego mężczyznę siedzącego w fotelu naprzeciwko. Odetchnął głęboko, by nie wybuchnąć.   
  — Kiedy się stąd wyniesiesz?
Mimo że słowa te zostały wycedzone tak, że przypominały złowrogie warknięcie, uśmiech nie zniknął z twarzy drugiego mężczyzny.   
— Sam powiedziałeś, że mogę zostać, ile tylko chcę  — mruknął on kpiąco, nie zwracając uwagi na spojrzenie godne bazyliszka, posłane w jego stronę.   
 — Zmieniłem zdanie — oznajmił Harry, próbując unieść się dumą, na co blondyn zareagował jedynie prychnięciem.   
 — Czyżbyś zapomniał, Potter, że to ty mnie tutaj zaprosiłeś?   
 — Och, zamknij się, Malfoy.
Oczywiście, że tego nie zapomniał. Jak mógłby zapomnieć o jednym z największych błędów w swoim życiu?   

***  

                Kończąc pracę w pewien chłodny, listopadowy wieczór, Harry Potter nie spodziewał się, że spotka  go coś niezwykłego. Bo co mogłoby spotkać Chłopca, Który Przeżył? Jak co dzień od ponad trzech lat skończył wypisywać papiery, przesunął dłonią po twarzy i lekko potrząsnął głową, jakby próbował znów przestawić się na tryb dzienno-towarzyski. A potem, jak każdego innego wieczoru, uświadomił sobie, że to i tak nie ma sensu. Nie miał dla kogo się przestawiać, rezygnować z pracy. Mógłby siedzieć tu całymi dniami, a jedyną osobą, której by to przeszkadzało, byłby woźny, który w nocy miał za zadanie sprzątać jego gabinet. Potter ze smutkiem potrząsnął głową, po raz kolejny uświadamiając sobie, jak bardzo jest samotny. Mógł mieć wszystko, ale nie za darmo. Los nie daje nam prezentów. Jest manipulatorem. Rzeczy dla nas ważne są jego przynętą, marchewką na kiju, mającą za zadanie zmuszenie nas do chodzenia jego ścieżkami. Szuka słabych punktów, by móc w nie uderzyć, gdy zaczynamy działać po swojemu. A jedynym sposobem, by ustrzec się przed takim obrotem wydarzeń, by nie dać się zmanipulować, jest odwrócić się od wszystkich. Zniszczyć to, co mogłoby być wykorzystane przeciw tobie. W tym ludzi.
Harry zaśmiał się ponuro, przyjmując do wiadomości fakt, że sam tego chciał. Wmawiając sobie, że zrobił to wszystko tylko po to, by ochronić siebie i innych, ruszył w kierunku schodów. Miał zamiar się teleportować, ale zrezygnował z tego i w połowie drogi zawrócił, kierując się do wyjścia z Ministerstwa Magii. Trochę świeżego powietrza dobrze mu zrobi.   
                Wyszedł z budynku, mając dziwne wrażenie, że coś go ciągnie w stronę jednego z barów znajdujących się w pobliżu. Zmarszczył brwi. Czyżbyś miał coś do powiedzenia, Losie? Wciąż mając w głowie przemyślenia sprzed kilku minut, ruszył w przeciwną stronę, zupełnie nieświadom tego, że Pan i Władca Świata, Los, właśnie uśmiecha się przebiegle.
Ruszył w kierunku swojego domu, zupełnie ignorując fakt, że będzie musiał w ten sposób pokonać trasę dwa razy dłuższą, niż gdyby poszedł w kierunku barów. Pokręcił głową, uśmiechając się, jak gdyby właśnie przechytrzył samego Merlina, a potem zmarszczył brwi, zastanawiając się, kiedy stał się tak przesądny. Nie mogąc znaleźć odpowiedzi na to pytanie, kopnął ze złością stertę liści, które rozsypały się i wnet zostały poniesione przez wiatr. Przystanął na chwilę, patrząc, jak kolorowa chmura oddala się, upadając co chwilę i gubiąc kawałki, gdy nagle usłyszał  krzyk, a potem serię przekleństw, które dochodziły z pobliskiej uliczki. Pobiegł w tamtą stronę, a Los uśmiechnął się, odpalając jedno ze swych drogocennych cygar i siadając wygodnie w fotelu. Przynęta została rzucona.   
                Pęd i siła wiatru zapierały mu dech w piersiach, oczy łzawiły, a okulary niemal całkowicie się zsunęły, ale nie zwracał na to uwagi. Biegł, kierując się w stronę, z której dochodziły go przekleństwa, jakby od tego zależało czyjeś życie. Może i tak było, ale czy to on musiał je ratować? Oczywiście, że tak, prychnął w duchu. Cholerny bohater się znalazł.   
                Dobiegłszy do miejsca, z którego, jak mu się wydawało, dochodził krzyk, zatrzymał się. Rozejrzał się szybko, ale w zaułku panował mrok. Postąpił kilka kroków w przód, a wtedy zauważył, że słyszy nie tylko swój oddech. Do jego uszu dolatywał jeszcze inny, cięższy, niemal błagający o pomoc. Zaniepokojony ruszył w stronę, z której dochodziły ciche pojękiwania, ale zatrzymał się raptownie i w mgnieniu oka wyjął różdżkę, gdy jego mózg zarejestrował głuchy odgłos, towarzyszący teleportacji. Wypowiedział szybko zaklęcie, przeklinając się jednocześnie za to, że nie pomyślał o tym wcześniej. Gdy różdżka rozbłysła jaskrawym światłem, Harry zbliżył się do postaci opierającej się o ścianę budynku i zatrzymał się, jakby sparaliżowany. Los uśmiechnął się z satysfakcją, patrząc na kalejdoskop emocji błąkających się po twarzy jego ofiary, i zatarł ręce z uciechy.  
 — Malfoy?
Głos pełen niedowierzania zadrżał lekko, wprawiając swego właściciela w irytację. Mężczyzna stojący przy ścianie skrzywił się z bólu, a w nikłym świetle różdżki Harry zobaczył powiększającą się plamę krwi, znajdującą się  na jego brzuchu, oraz niezwykłą bladość najmłodszego z Malfoyów.  
 — Będziesz tak stał czy mi pomożesz, Potter?
Blondyn osunął się po ścianie, przyciskając ręce do brzucha. Harry z przerażeniem patrzył, jak dawny Ślizgon pochyla się do przodu, a zawartość jego żołądka ląduje na ziemi. Chwilę potem Malfoy stracił przytomność, Potter świadomość, a Los wątpliwości co do tego, że Harry mu ulegnie. Ofiara złapała przynętę.  

*** 

                Kiedy Harry odzyskał świadomość, był już ranek, a on sam klęczał na podłodze przy kanapie i przykładał Draconowi całkowicie już suchy ręcznik do czoła. Potter zmarszczył brwi i wstał z podłogi, rozglądając się przy okazji po pokoju, w którym się znajdowali. Jego sypialnia. Jakim cudem tutaj trafił z Malfoyem na rękach? Gryfon pokręcił głową na znak niedowierzania i zszedł na dół, przykrywszy uprzednio blondwłosego mężczyznę kocem. 
Robiąc sobie tamtego pamiętnego dnia kawę, zastanawiał się, jakim sposobem uda mu się wytrzymać ze Ślizgonem, dopóki ten nie wyzdrowieje. Byli wrogami, łączyła ich jedynie nienawiść od pierwszego wejrzenia. Harry westchnął. Nie trzeba było być Sherlockiem, żeby wyciągnąć z tego wnioski. Nie uda mu się.  

***
 
                Mimo jego ponurych przepowiedni życie z Malfoyem nie było takie trudne, jak się spodziewał.  W każdym razie nie w sposób, jaki miał wtedy na myśli... 
Na początku ich wzajemnej relacji Draco głównie spał, a Harry zajmował się jego ranami. Dobrze pamiętał, jak wodził wtedy palcami po chropowatej skórze swego dawnego wroga, rozkoszując się tym dotykiem. Jak badał każdy  skrawek jego ciała, wymawiając się poszukiwaniem urazów i odłamków szkła.  Niemal czuł w takich chwilach oddech Losu na karku, który namawiał go, by zejść niżej, posunąć się dalej... Podpowiadał, jak mogliby to robić, jak mogłoby być cudownie... Kusił, a Harry z każdym Jego słowem coraz bardziej chciał się tej pokusie poddać. Czasem, gdy oczy same kleiły mu się ze zmęczenia i nie miał siły opierać się samemu sobie, zaczynał błądzić palcami po  ustach swego wroga, zbliżał się na tyle, by ich oddech mogły się zmieszać — jego szybki, podniecony, i ten Malfoya, spokojny i niewinny. Nieświadomy swoich pobudek, lecz ku wielkiej uciesze Losu, coraz więcej czasu spędzał przy Draconie. Był jak marionetka, którą właściciel wciąż kierował w jedną i tę samą stronę. Bezwolny. 
                W momencie, gdy Potter myślał, że nie wytrzyma tego napięcia, Draconowi udało się stanąć na nogi. W Gryfonie ulga mieszała się z rozczarowaniem, tęskny wzrok z twardy spojrzeniem. Ale szybko znalazł sobie nowe zajęcie. Obserwowanie. Śledzenie długich palców Dracona, gdy ten jadł czy palił cygara z najwyższej półki, obserwowanie jego gestów — tego, jak jego brew unosi się w geście rozbawienia, jak zaciska usta, gdy jest zły, lub rozchyla je, gdy się zdziwi. 
Pochłaniało go to, zatracał się w tym. Tonął w jego spojrzeniu, choć wiedział, jak perfidnie Malfoy mógłby to wykorzystać. I z każdą chwila pogrążał się coraz bardziej. 
Lecz pewnego dnia nadszedł moment, gdy go olśniło. Gdy zrozumiał, co czuje. Dzień, gdy znalazł niemal na dnie. Właśnie wtedy wyrzucił z siebie wszystko, co myślał i co czuł. I z niezwykłą lekkością wypłynął na powierzchnię. 
To był dzień, w którym Harry Potter oznajmił Draconowi Malfoyowi, że go kocha, a Los poszedł po popcorn z masełkiem. Zaczęła się zabawa. 

***

                Siedzieli w tych samych fotelach, co dziś, naprzeciwko siebie, nie patrząc sobie w oczy. 
Był to ten pamiętny poranek, tuż po tym, gdy Harry w chwili miłosnego uniesienia wyznał Draco miłość, a ten odwrócił się od niego plecami, usypiając. Teraz żadne z nich nie potrafiło zacząć rozmowy, przejść do porządku dziennego nad tym, co wydarzyło się w nocy. W pokoju panowała niezręczna cisza, ciężka niczym ołów, przerywana jedynie stukaniem Malfoya o blat szafki stojącej koło niego. Jego długie, zgrabne palce poruszały się szybko, wygrywając jakiś nieznany Harry'emu rytm i doprowadzając go tym do szaleństwa. Stuk. Stuk. Stuk. Stukstukstukstuk. Stukstuk. Stuk.
Potter wziął głęboki oddech, a Los nachylił się w swoim fotelu, zaczynając odliczać. Trzy... Harry ściągnął brwi, starając się opanować. Dwa... Jego ręce zacisnęły się w pięści, gotowe, by uderzyć i... Jeden.
 — Malfoy, do cholery, czy mógłbyś przestać?!
Palce mężczyzny zawisły w powietrzu. 
 — Przeszkadza ci to, Potter? — zapytał z niewinnym uśmiechem na twarzy i uniósł jeden z palców, gotów znów zacząć stukać. Pukać. Irytować. Harry już chciał ugryźć się w język, by nie zacząć wrzeszczeć, gdy Malfoy nachylił się ku niemu z dziwnym błyskiem w oku.   — Czy aby na pewno właśnie to ci przeszkadza? 
 — Co masz na myśli?  — mruknął Potter, prostując się i próbując jednocześnie ukryć niepokój w swoim głosie. 
 — Och, nic wielkiego. Może tylko to, że odkąd wczoraj się piep...  — urwał, widząc spojrzenie Harry'ego i uśmiechnął się drwiąco, ale nie dokończył wyrazu.  — Odkąd wczoraj poszliśmy razem do łóżka, spać lub robić cokolwiek innego, ty zachowujesz się, jakby świat się zawalił lub co najmniej odwrócił o sto osiemdziesiąt stopni. Czego ode mnie oczekujesz? Że nagle zacznę cię kochać? Że będziemy żyli długo i szczęśliwie? 
 — A właściwie to dlaczego nie? Dlaczego nie chcesz przyznać się do swoich uczuć, dlaczego nie chcesz spróbować? Dlaczego nie możesz kochać? 
Malfoy podniósł się z fotela i, nieco kulejąc, podszedł do barku, w którym trzymali alkohole. Wyjął z niego butelkę Ognistej Whiskey, chwycił po drodze dwie szklanki i usiadł znów w swym fotelu. Jedną ręką przytrzymał obie szklanki i z precyzją godną mistrza napełnił je trunkiem. Następnie podał zdezorientowanemu Harry'emu jedną szklankę, naraz wypijając zawartość swojej. A potem nachylił się ku drugiemu mężczyźnie, jakby miał zamiar wyznać mu największą tajemnicę ludzkości. Otworzył usta i pozwolił, by wydobył się z nich konspiracyjny szept:
 — Bo to boli, Potter. Bo to boli. 

***
                Harry jeszcze wiele razy próbował namawiać Dracona na związek. Sam nie wiedział, dlaczego to robi, dlaczego się nie poddaje. Przecież i tak ze sobą sypiali, zachowywali się jak para, więc dlaczego...? Po co mu to było? Może dlatego, że teraz miał do kogo wracać? Bo nie był już samotny? Wiele razy się nad tym zastanawiał, nie mając pojęcia, że za każdym razem, gdy to robi, Los uśmiecha się przebiegle, nie mając zamiaru podać mu jasnej odpowiedzi. Co to by była za zabawa? 
Pewnego razu, gdy, powróciwszy z pracy, zastał Draco siedzącego w fotelu i czytającego gazetę, coś w nim pękło. 
 — Malfoy. Chcę, żebyś ze mną był. Żebyśmy byli razem, teraz, zaraz. 
Do tej pory nie wie, dlaczego myślał, że to przejdzie. Draco spojrzał na niego pogardliwie i wrócił do czytania gazety, wypowiadając uprzednio tylko kilka słów. Słów, które stały się kluczem do wszystkiego. 
 — Prędzej zajmę się tym wilkołaczym dzieckiem przez tydzień, niż zgodzę się na ten związek.

***

                Siedząc teraz w fotelu, Harry uśmiechnął się krzywo do swoich wspomnień. Spojrzał na Malfoya, który nic nie robił sobie z tego, że przed chwilą oznajmiono mu, że traci dach nad głową. Potter westchnął, dobrze wiedząc, że nie miałby serca go wyrzucić. 
 — Wiesz, zmieniłem zdanie. Możesz zostać. 
 — Naprawdę?  — Draco uniósł brew, uśmiechając się kpiąco.  — A to z jakiego powodu? 
 — Po prostu...
Dzwonek do drzwi nie pozwolił mu dokończyć. Z cichym westchnieniem wstał i poszedł otworzyć drzwi, w głębi duszy ciesząc się ze swojego małego gościa, który wparował właśnie do jego domu, odsłonił zasłony i wskoczył na kolana Malfoya, machając jednocześnie swoim rodzicom na pożegnanie. 
 — Pa, pa! Widzimy się za dwa tygodnie! 
Harry uśmiechnął się radośnie, słysząc te słowa. A zamykając drzwi za jego matką, pomyślał jeszcze, że są w życiu takie błędy, które z chęcią popełnilibyśmy jeszcze raz.


                A co na to Los? Los uśmiechnął się z satysfakcją, przyznając mu rację i poszedł poszukać kolejnej ofiary. Tę już złowił.  

1 komentarz:

  1. Kocham! Draco w każdej odsłonie. <3 Bardzo mi się podoba pomysł i personifikacja Losu - zabarwia historię. Zakończenie zabawne choć nie do końca udało mi się zrozumieć kim jest to dziecko. xD Naprawdę miło się czyta.

    OdpowiedzUsuń