Rocznice Blogów
CZERWIEC!

wtorek, 15 grudnia 2015

MnZ dla LikesDarkDarkness

Cześć, ahoj!
Ostatnio miała u nas miejsce publikacja łocenki, pod którą po raz kolejny napisałyśmy, że „następna będzie lepsza”. I tak rzeczywiście się stanie – nie rzucamy słów na wiatr (tym razem) – wszelkie nowe oceny czekające w kolejce zostają wstrzymane, a w obroty idą stare oceny, jeszcze za czasów średniowiecza. Powiemy skromnie i raz, że łoceniające strzelają facepalma na widok ostatniej oceny i z pewnością wyciągnęły z niej lekcję, mianowicie: jak coś publikować, to z pompą! (Ale może nie aż taką). Pozdrawiamy serdecznie Inkwizytornię, która wzięła nas pod lupę, oraz szanownego Profesora Snape’a, który pewnie chowa się teraz pod swoją peleryną wstydu i zażenowania! Na odchodne zapraszamy Was na miniaturę naszego (nie tak) nowego członka załogi.
Na specjalne zamówienie LikesDarkDarkness nasza kochana Nox napisała miniaturę Harrmione. Jest to jej debiut, dlatego nie zjedzcie jej od razu (same z niej kości, nie warto). Zapraszamy do komentowania i odnajdywania błędów (a nóż widelec się jakieś trafiły) oraz do wyrażania własnej opinii.
Pozdrawiam
Łoceniająca Snovi z Zespołem SKP 


Tylko dodam coś od siebie i już się nie odzywam. Po pierwsze, błagam Cię, nie linczuj, nie gryź, nie jedz ani nie bij mnie za ilość Hinny w tym tekście oraz za ogólną długość miniaturki. Gdy nie ma się wprawy, pisanie tekstów na zamówienie jest czymś... dziwnym i nieco trudnym. Dlatego byłabym wdzięczna, gdybyś przymknęła oko na nie do końca spełnione kryteria. To tyle. Miłego czytania życzy Nox! c:



   Kolorowe liście poderwały się do góry, gdy noga czarnowłosego mężczyzny upadła na nie z impetem. Zapach jesieni sprawił, że  przed oczami byłego Gryfona znów stanęła jego narzeczona. Była narzeczona. Do tej pory, gdy o niej myślał, jego oddech stawał się płytki, a serce, nagle ciężkie niczym głaz, próbowało się wyrwać z piersi. Próbując odpędzić to uczucie, Harry westchnął cicho i zamknął oczy, lecz gdy znów je otworzył, mały brązowy listek mignął mu przed oczami, przynosząc ze sobą zapach deszczu, prowokując kolejne  szare myśli i... wspomnienia.

      Barcelona. Mimo późnej pory tutaj nie było ciemno. Latarnie rozświetlały niemal każdy zakątek tego pięknego miasta, tworząc atmosferę romantyczności i magii. Kolorowe bilboardy, przepiękne budowle i kamienice przyciągały spojrzenia. Puste ulice, na których było słychać śmiech dochodzący z przeróżnych restauracji, dyskotek i pubów, uwodziły swym urokiem. Wszystko tam było zaczarowane tym najpiękniejszym z rodzajów magii – miłością.  A pośrodku stali oni, zachwyceni tym upojnym, ciepłym wieczorem, oczarowani każdą najmniejszą cegiełką należącą do tego miasta. Drobny deszczyk moczył ich letnie ubrania, rozbijał się z cichym, wesołym pluskiem o okna domów, ale nie przejmowali się tym. Idąc pod ramię, czuli, że tylko oni dla siebie się liczą. Światła latarń mrugały do nich ze wszystkich stron, a oni, zatraceni w miłości, odpowiadali im uśmiechami.
Zielone oczy szatyna chłonęły otoczenie. Podziwiał wszystko, co się tu znajdowało, a szczególnie Ją. To ona była tu główną atrakcją, to dla niej przejechał tysiące kilometrów. Tylko dla niej. Była jego marzeniem, jego skarbem, jego księżniczką. A gdy stanęła naprzeciwko niego, zrozumiał też, że była jego szczęściem. Jedynym i niepowtarzalnym. Wiecznym. I w  chwili, gdy to pojął, pocałował ją, czule i długo, jakby przypieczętowując tym gestem swoje przekonanie. A potem patrzył, jak ze śmiechem odwraca się i pędzi przed siebie, nie zważając na to, że pada deszcz, i zupełnie nie przejmując się faktem, że nie ma pojęcia, gdzie się znajduje.

     W oczach szatyna rozbłysły iskierki szczęścia. Doskonale pamiętał tę wszechogarniającą miłość i szczęście. Ale jeszcze lepiej utkwiła mu w głowie sytuacja, która miała miejsce tydzień po ich powrocie z Hiszpanii. Iskierki zgasły.
 
     Pukanie do drzwi wyrwało go z niespokojnego snu. Spojrzał na zegarek, zastanawiając się jednocześnie, komu zebrało się  na żarty, że przychodzi do niego o trzeciej nad ranem. Ale gdy wreszcie przy akompaniamencie dzwonka zszedł na dół i otworzył drzwi, zrozumiał, że o żadnych żartach nie będzie mowy. Stanął oko w oko ze swoim najlepszym, rudowłosym przyjacielem, który, blady jak ściana, wydyszał kilka słów. Zaledwie trzy wyrazy, które odmieniły jego życie na zawsze.
    – Hermiona... ona... zaginęła.

      Poszukiwania rozpoczęły się natychmiast, a on stał na ich czele. Szukał jej wszędzie, gdzie tylko się dało. Zadzwonił do każdego jej znajomego, odwiedził każde znane sobie miejsce, a swym podwładnym zlecił przeszukanie każdego najmniejszego zakątka świata. Wywrócił świat mugolski i czarodziejski do góry nogami, zajrzał wszędzie, dosłownie wszędzie. Prasa wprost huczała o tym niecodziennym wydarzeniu, ale nic z tego nie wyszło. Po roku wszystko ucichło, a sam Harry zrezygnował z poszukiwań, przeświadczony o tym, że to już koniec. Bo oto, drodzy państwo, stało się niemożliwe. Hermiona Granger wyparowała, zniknęła, ulotniła się. I nikt więcej o niej nie słyszał.

   Powiedzieć, że cierpiał, to za mało. Targał nim ból silniejszy od wszystkiego, co do tej pory przeżył. Zaczął się załamywać. Powoli podupadał na duchu, by w końcu z obłędem w oczach wylądować na oddziale psychiatrycznym w Świętym Mungu. On, Wybraniec, zwariował. Nie widział już sensu w życiu, nie raz próbował się na nie targnąć. Bez ustanku katował się wspomnieniami ich wspólnych dni i nocy. Rozważał każdą kłótnię, każdą pojedynczą noc i każdy wspólny dzień. Rwał sobie włosy z głowy, nie zwracając uwagi na to, że same z siebie zaczynają już siwieć i wypadać. Raz to do niego dotarło. Usiadł wtedy na łóżku, pytając samego siebie, ile on właściwie ma lat i kim jest. Czy wciąż jest dwudziestolatkiem z utraconymi marzeniami, czy może jeszcze dzieckiem dopiero się nad nimi zastanawiającym? Czy już żył i czy kiedykolwiek będzie miał okazję to zrobić? Czy bez niej uda mu się cokolwiek? I jeśli nie, to co się z nim stanie?  A gdy żadne z tych pytań nie znalazł odpowiedzi, zaczął zapadać się w sobie jeszcze szybciej. Coraz rzadziej jadł, z łóżka nie wychodził prawie wcale. Nie interesowało go nic i wszystkim wydawało się, że Chłopiec, Który Przeżył dzięki miłości, wkrótce umrze z tego samego powodu.

     I wtedy, gdy już wszyscy stracili nadzieję, pojawiła się ona. Wyciągnęła go ze szpitala i zakwaterowała u siebie. Z początku całkiem zdezorientowany, później zaczął odżywać. Jej cichy śmiech przestawał go drażnić, jej głos nabierał barw, a oczy nie były już tylko oczyma, a przystanią, w której mógł się schować przed burzą pustoszącą jego organizm i serce. Powoli, powolutku, zaczynał czuć do niej coś innego poza obojętnością. Co śmielsi twierdzili nawet, że zaczynał ją lubić. Ona zaś nie przejmowała się tym. Każdego dnia wstawała pełna energii i ochoty na pokazanie mu uroków świata. Uczyła go na nowo okazywania ciepłych uczuć, tuliła do snu, gdy dręczony koszmarami nie mógł spać. Stała się jego światłem. Słabym, przysłoniętym kurtyną wspomnień, ale światłem.
   Często siadała przy jego łóżku, delikatnie gładząc jego srebrno-czarne kosmyki i wzdychała cichutko, zastanawiając się, jakby to było, gdyby zamiast jej przyjaciółki wybrał ją. Czy byliby szczęśliwi? Zdarzało się, iż przemknęła jej przez głowę myśl, że mogliby spróbować, ale szybko ją od siebie odrzucała. Do momentu, w którym on zadał jej to pytanie. Wiedziała, że nie robi tego z miłości, ale była równie pewna tego, że razem będzie im lepiej. Dlatego na pytanie Harry'ego – „Ginevro Molly Weasley, czy zostaniesz moją żoną?” –  odpowiedziała twierdząco.

   Potem wszystko potoczyło się szybko. Przygotowania do ślubu, uroczystość, dzieci. Sama nie wiedziała, jakim sposobem znaleźli się na ławce w parku, wspominając jego wielką miłość. Ale to nie było ważne. Ważne było to, że są tu razem. Ginny wsunęła swą drobną, nieco pomarszczoną rękę w jego dłoń, starając się dodać mu otuchy.

   –  Kocham cię – szepnęła. Harry przełknął ślinę, zwracając swój nieobecny wzrok w jej stronę. Poczuła mocniejszy uścisk na swej dłoni i dostrzegła smutny uśmiech błąkający się w kącikach jego ust.
   –  Wiem – mruknął po chwili. – Wiem.

4 komentarze:

  1. Naprawdę cudowne opowiadanie. Wzrusza do łez. Mówię szczerze. Popłakałam się. Masz niesamowity talent. Pisz tak dalej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej. Dziękuję! Twoje słowa wiele dla mnie znaczą, zwłaszcza, że jest to pierwszy opublikowany przeze mnie tekst i nie spodziewałam się nań takiej reakcji.
      Nie wiem, czy się cieszyć faktem,że Cię wzruszyłam, czy raczej nie. Ale... nieważne. Jeszcze raz bardzo, bardzo dziękuję!
      Pisać będę, oczywiście, ale nie tak, jak teraz. Mam zamiar pisać lepiej. c:

      Pozdrawiam
      Nox

      Usuń
  2. Piękna, poruszająca miniaturka, a już patrząc, że to debiut, jestem naprawdę pełna podziwu! Uwielbiam Hinny (choć za Harrmione nie przepadam, forever Romione). W każdym razie, jestem pewna, że Twój każdy kolejny tekst będzie coraz lepszy i staniesz się autorką jakiegoś potterowskiego, długaśnego, cudownego opowiadania <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziękuję!
    W sumie to miało być Harrmione z odrobiną Hinny, ale ciii... xD
    Bardzo dziękuję Ci za tę wiarę we mnie i w moje możliwości. Ja osobiście nie pokładam w moje umiejętności pisarskie jakichś wielkich nadziei, ale kto wiem, może to Ty masz rację? c:
    Na razie jednak zajmę się samymi miniaturkami, a co będzie dalej, to się zobaczy. ;)
    Dziękuję za Twoją opinię, każdy komentarz motywuje! <3

    Pozdrawiam
    Nox

    OdpowiedzUsuń